Hegemonia PGE Skry Bełchatów w polskiej siatkówce trwa w najlepsze. Energetycy po raz siódmy z rzędu zdobyli tytuł mistrzów Polski. Tradycyjnie przed sezonem pretendentów do tytułu było kilku, ale ostateczne rozstrzygnięcie nie jest zaskoczeniem dla nikogo. W tym sezonie Skra odzyskała też Puchar Polski, ale mimo to nie ucieknie od uczucia niedosytu, jakim był występ w Lidze Mistrzów. Jaki zatem był to sezon dla już siedmiokrotnych mistrzów Polski? Oceny podjął się Maciej Wiśniewski, zapraszamy do lektury!
W Wielki Czwartek w Kędzierzynie-Koźlu PGE Skra Bełchatów gładko, 3:0 pokonała miejscową ZAKSĘ. Był to czwarty i zarazem ostatni mecz tegorocznych finałów PlusLigi mężczyzn. Decydujący o tytule mecz był dla Skry najłatwiejszy z wszystkich czterech. Zwycięski, 25. punkt bełchatowianie zdobyli po błędzie przeciwnika, Słoweniec Tine Urnaut w ataku z drugiej linii przekroczył linię trzeciego metra, sędziowie odgwizdali błąd, a siatkarze z Bełchatowa mogli paść sobie w ramiona. Ta sytuacja może nie była pełnym odzwierciedleniem tych finałów, ale w pewien sposób oddaje sytuację w tym sezonie ligowym. Rywale Skry nie radzili sobie przede wszystkim z własnymi problemami i w konfrontacji z ekipą Jacka Nawrockiego nie mieli szans.
Niby każdy mecz to osobna historia, niby w każdym wszystko może się zdarzyć, ale trudno było odnieść w przeciągu rozgrywek wrażenie, że ktoś jest w stanie poważnie zagrodzić Skrze drogę po siódme złoto. Kędzierzynianie zaczęli finały ze Skrą fantastycznie, od zwycięstwa po pasjonującym meczu w Bełchatowie. Potem było już jednak gorzej. W drugim meczu w Bełchatowie zaczęli grać od połowy spotkania, w efekcie przegrali 1:3. W pierwszym meczu we własnej hali mieli spore problemy z mocną zagrywką Skry, w efekcie po dobrym meczu ulegli energetykom. Dzień później, w Wielki Czwartek stanęli pod ścianą, by przedłużyć marzenia swoich kibiców, którzy kolejny raz szczelnie wypełnili halę Azoty. Ale stawka pojedynku sparaliżowała pretendentów do tytułu. Gospodarze nie byli w stanie przeciwstawić się Skrze, która jak rasowy drapieżnik, gdy tylko poczuła krew - słabość przeciwnika - rzuciła się na niego z impetem nie dając mu szans.

Świetny onegdaj angielski piłkarz Gary Lineker, w swoim czasie zresztą kat reprezentacji Polski, powiedział kiedyś, że futbol to taka gra, w której 22 facetów ugania się za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy. Do polskiej siatkówki to powiedzenie pasuje idealnie. Od siedmiu lat rodzima ekstraklasa to gra, w której po sześciu graczy z każdej drużyny przebija piłkę nad siatką, a na końcu zawsze wygrywa Skra Bełchatów. Swego czasu prorocze słowa powiedział również Paweł Papke, który stwierdził: "Kto ma Mariusza Wlazłego, ten ma mistrzostwo".
Kibicom Skry wygrywanie ich pupili na pewno się nie znudzi. Ich kolejne złote medale cieszą tak, jak siatkarzy. Każdy ma wyjątkowy smak. I każdy trzeba było sobie wywalczyć na boisku. Bo przecież nikt Skrze patentu na kolekcjonowanie trofeów nie dał. Każdy przed sezonem się zbroił, każdy to mistrzostwo chciał w końcu Skrze odebrać. Ale z każdym meczem sezonu stawało się jasne, że ani wicemistrz z poprzedniego sezonu Jastrzębie, ani mająca mocarstwowe plany Resovia, ani ambitna i marząca o powrocie do lat świetności Mostostalu ZAKSA nie mają ze Skrą szans. Nie w play-off, gdzie aby odebrać Skrze złoto, trzeba z nią wygrać trzy razy. ZAKSA zrobiła to raz, po fantastycznym meczu. I na tym koniec. Na więcej nie pozwolił Mariusz Wlazły i Bartosz Kurek oraz ich klubowi koledzy, którzy dołożyli swoje, choć chyba właśnie Wlazły i Kurek zasługują na największe pochwały.
W tym sezonie w PlusLidze PGE Skra rozegrała 35 meczów. Przegrała tylko trzy z nich, w tym tylko jeden, który o czymś mógł decydować, czyli pierwszy mecz finałów w ZAKSĄ. Z wszystkich innych spotkań bełchatowianie wychodzili zwycięsko, w tym wielokrotnie nie specjalnie się nawet męcząc. Nie ma w Polsce drugiej drużyny, która bardziej zasługiwała na mistrzostwo.

Z siedmioma tytułami mistrza Polski Skra Bełchatów jest już na trzecim miejscu w tabeli wszech czasów siatkarskich rozgrywek w kraju. Drugą Legię Warszawa może dogonić już za rok, jeśli wygra złoto po raz ósmy. Zdecydowanie lepszy (19 tytułów) jest tylko AZS AWF Warszawa, ale też oba warszawskie kluby dominowały w latach, kiedy siatkówka była dyscypliną zamkniętą w ciasnych salkach gimnastycznych, a nad drużynami wisiał parasol resortowy lub państwowych uczelni i w niczym nie przypominała skomercjalizowanej dyscypliny, którą jest dzisiaj.
Bełchatowianie mogą zatem dopisać Kędzierzyn-Koźle do listy pięciu miast, w których zdobywali mistrzowskie tytuły. Poprzednie triumfy notowali na parkietach w Olsztynie (2005), Jastrzębiu Zdroju (2006 i 2010), Bełchatowie (2007), Częstochowie (2008) i Rzeszowie (2009). Marzenia części kibiców Skry o tym, aby ponownie po tytuł sięgnąć we własnej hali trzeba odłożyć. Zawodnicy na piąty mecz czekać nie chcieli.
W ciągu siedmiu lat swojej dominacji Skra dwukrotnie dała się pokonać tylko w rozgrywkach Pucharu Polski, ale w tym roku i to trofeum bełchatowianie odzyskali. Tym razem Skra świętuje więc w podwójnej koronie. Niewątpliwie był to sezon PGE Skry Bełchatów, bo podobnie jak w lidze, w rozgrywkach pucharowych Skra także nie pozostawiła nikomu złudzeń.

W sezonie pełnym sukcesów mistrzowie Polski nie uciekną jednak od niedosytu. Ten związany jest z Ligą Mistrzów. Choć Skra zaczęła rozgrywki rewelacyjnie, m.in. od pokonania 3:0 trzykrotnego zwycięzcę z rzędu Trentino Volley, to bełchatowianie w Europie zawiedli.
Oczywiście można utyskiwać na idiotyczny regulamin rozgrywek, bo przecież gdyby obowiązywały zdroworozsądkowe zasady Skra grałaby w Final Four. Zresztą częste zmiany regulaminów, niejasne zasady przyznawania dzikich kart i dziwne zagrywki działaczy czynią z siatkówki sport mało poważny. Cierpi na tym dyscyplina, ale przecież zasady gry znane były wcześniej i już przystępując do rywalizacji z Zenitem Kazań mistrzowie Polski wiedzieli na jakich warunkach grają.
Nie ucieknie więc Skra spod ostrzału krytyków, którzy powtarzać będą, że do turnieju finałowego Skra na boisku awansować nie umie i jeśli nie załatwią jej tego działacze medalu Ligi Mistrzów nie zdobędzie. Zwłaszcza, że awansować potrafiło Jastrzębie, siódma drużyna tego sezonu PlusLigi, nawet jeśli ten awans wygrało dzięki tym samym idiotycznym zasadom, które zamknęły drogę do Final Four Skrze. I nie zważając na to, że w samym Final Four jastrzębianie już nawet nie powalczyli.

W Lidze Mistrzów w najważniejszym momencie Skra zawiodła. Rozczarowały jej gwiazdy, Mariusz Wlazły i przede wszystkim Bartosz Kurek, którzy kilka tygodni później w finale play-off błyszczeli. To, że energetycy wygrali z Trentino pierwszy mecz 3:0 niewiele dziś znaczy. W rewanżu Skra miała szansę nawet wyeliminować Włochów z rozgrywek, a przynajmniej utrudnić im drogę, ale w Trydencie bełchatowianie przegrali. Włosi wyszli z grupy, zorganizowali Final Four i wygrali Puchar Europy po raz trzeci z rzędu. Skra zaś trafiła na Rosjan i poległa.
Największe marzenie prezesa Konrada Piechockiego i kibiców Skry o podboju Europy znów się nie spełniło. Kibiców zresztą chyba Skrą coraz mniej zainteresowanych. Można zadać pytanie, czy sukcesy energetycznego klubu już się czasem w Bełchatowie nie przejadły. Na finałowych meczach z ZAKSĄ w hali Energia sporo było pustych miejsc, choć przecież były to spotkania o złoto mistrzostw Polski! Na Lidze Mistrzów w Łodzi hala się wypełnia, ale po transparentach kibiców widać, że zjeżdżają tam ludzie z całej Polski, niekoniecznie z Bełchatowa. W Wielki Piątek na Placu Narutowicza witać nowych-starych mistrzów przyszła garstka kibiców. Kilkadziesiąt osób, w tym większość przypadkowych przechodniów. Kiedy cztery lata temu GKS grał o mistrzostwo Polski, ostatni mecz sezonu na telebimie w tym samym miejscu oglądało kilka tysięcy bełchatowian, którzy zostali do późna w nocy by przywitać piłkarzy, pomimo iż ci walkę o tytuł przecież przegrali. Skra takich emocji już nie wywołuje.
Niezależnie od wszystkiego miniony sezon był jednak dla Skry sukcesem. W następnych rozgrywkach energetycy znów będą bronić się przed szeroką ławą pretendentów, którzy królową polskiej siatkówki będą chcieli strącić z tronu. Czy jednak będą w stanie zagrozić jej realnie? W Skrze też szykują się zmiany. Z klubu odszedł już Stephane Antiga i Jakub Novotny. Temu pierwszemu kibice Skry zapewne jeszcze nie raz podziękują, bo Francuz miał niebagatelny wpływ na cztery ostatnie mistrzowskie tytuły Skry, a na pożegnanie odebrał nagrodę MVP ostatniego meczu w Kędzierzynie. To jego przybycie do Skry zapoczątkowało ściąganie do Polski światowych gwiazd. Z kolei w drugą stronę, do Bełchatowa, jak na razie powędrował tylko jeden siatkarz - Konstantin Cupković.

Znakomici siatkarze znów pojawią się na ligowych parkietach jesienią. Wszystkie kluby czekają kadrowe przetasowania, także Skrę. O spekulacjach prasowych pisać nie ma sensu. Od wielu lat działacze mistrzów Polski potwierdzają, że na transferowym rynku radzą sobie równie dobrze, jak ich siatkarze na boisku. Z transferami Skra przeważnie trafia w dziesiątkę i tak zapewne będzie tym razem.
Dla siatkarzy nastał czas odpoczynku, choć nie dla wszystkich. Sześciu mistrzów z Bełchatowa - Michał Bąkiewicz, Bartosz Kurek, Paweł Woicki, Karol Kłos, Marcin Możdżonek i Paweł Zatorski - rozpoczynają właśnie sezon reprezentacyjny. Z udziału w Lidze Światowej już wcześniej zrezygnowali Mariusz Wlazły, Michał Winiarski i Daniel Pliński. Na rozgrywki ligowe siatkarzy przyjdzie kibicom czekać do jesieni. Przez ten czas i cały kolejny rok, tak jak zresztą od siedmiu już lat, stolicą męskiej siatkówki w Polsce pozostanie Bełchatów.

POLLXT_LOADING