40 lat GKS: Dumny 40-latek ze Sportowej

2017-12-11 08:00:00

40 lat GKS: Dumny 40-latek ze Sportowej

Bełchatów w latach 70. XX wieku otrzymał wielką szansę rozwoju i zaistnienia na mapie Polski. Niewątpliwie pomogły w tym odkryte złoża węgla brunatnego, a za pracą w powstających gigantach górniczo-energetycznych zjeżdżali się ludzie z całego kraju. GKS Bełchatów, który powstał równo 40 lat temu, otrzymał za zadanie zintegrować tę społeczność i dać jej rozrywki. Podarował jej aż nadto.

- Przed rokiem 1977 z powodzeniem funkcjonowała sekcja piłkarska przy RKS "Skra. Jednak z czasem uznano by przejąć ją i utworzyć drugi klub sportowy, przy Kopalni Węgla Brunatnego "Bełchatów". Pomysł ten wcielono w życie i 26 listopada 1977 r. protokólarnie przekazano sekcję piłki nożnej do nowo powstałego Górniczego Klubu Sportowego "Węgiel Brunatny". Klub miał też w swym zamyśle stać się ważnym elementem w konsolidacji i integracji miejscowej społeczności z przybyszami z całego kraju  - wspomina Michał Antczak, obecny rzecznik prasowy górniczego klubu. Pierwszym prezesem został Antoni Galas, a kierownikiem sekcji piłkarskiej jeden z pierwszych budowniczych miasta i okręgu, Jerzy Gramatyka. Drużyna występowała wówczas na czwartym poziomie rozgrywkowym, w piotrkowskiej "A" klasie. Sukcesu na "dzień dobry" nie było, choć zajęcie trzeciego miejsca i stratę zaledwie pięciu punktów do Lechii Tomaszów Maz. można uznać za przyzwoity wynik. Tym bardziej, że w rundzie wiosennej - pierwszej pod szyldem "Węgiel Brunatny" Bełchatów - zespół zdobył najwięcej punktów pośród ligowców, notując 10 zwycięstw i 3 remisy. Pokonał wtedy m.in. Polonię Piotrków Tryb. aż 10:1.

W tamtych czasach duży wkład w lokalny sport miały Bełchatowskie Zakłady Przemysłu Bawełnianego, ale też nie były to pokaźne sumy pieniędzy. Dodatkowo zawodnicy często dzielili swój czas na kilkugodzinną pracę w zakładach, po czym udawali się na zaplanowany trening. Taki stan rzeczy zdaniem ówczesnych piłkarzy konsolidował drużynę, a szatnia darzyła się wzajemnym szacunkiem. - Futbol to było dla nas coś wielkiego, uwielbialiśmy spędzać czas z piłką. Mało który z nas myślał wtedy o pieniądzach, a dla wielu olbrzymim wyróżnieniem była możliwość wyjścia na boisko i zagrania przed publicznością - wspominają ten czas. - To przekazanie sekcji dawało nam coraz większe możliwości, włącznie z zielonym światłem na awans do wyższych lig. I tak było, a klub powoli piął się na wyższe szczeble. W realizacji tych planów pomagali także piłkarze, którzy trafiali z czasem do GKS - sięga pamięcią Jan Kubiak, który z futbolem był "na tak", a dodatkowo w latach późniejszych pracował w zarządzie klubu. W lipcu 1978 r. pierwsze kroki stawiał w nim 16-letni wówczas Dariusz Marzec, a dwa lata później w 1980 r. bełchatowianie po raz pierwszy w swej niespełna trzyletniej historii wygrali rozgrywki, w których uczestniczyli. Wyprzedzając m.in. Piotrcovię Piotrków Tryb. i RKS Radomsko uzyskali prawo gry w wielostopniowych barażach, gdzie jednak przegrali z wzmocnionymi rezerwami ŁKS Łódź.

386.jpg

Ten okres rozwoju klubu pamięta także Teodor Rzepecki, który wcześniej przez ponad 15 lat był czynnym zawodnikiem "Skry", a następnie jej trenerem. Podobnie rzecz miała się w GKS, gdzie przez szereg lat szkolił młodzież i potem pierwszy zespół. - Byliśmy wtedy jedną z czołowych drużyn w woj. łódzkim. My i Włókniarz Pabianice - podkreśla Rzepecki. To właśnie z Pabianic do Bełchatowa trafił trener Andrzej Włodarek, który na początek swojej pracy przy Sportowej przegrał baraż o awans z Unią Tarnów. Jednak praca nowego sztabu szkoleniowego przyniosła efekt w sezonie 1981/ 82, kiedy GKS "Węgiel Brunatny" awansował do III ligi i to do najsilniejszej od lat grupy śląskiej. Autorami tego sukcesu byli m.in. Sławomir Ditrich, Jerzy Leszczyk, Ireneusz Marchwiński, Grzegorz Rado czy bramkarz Jan Kwiatkowski. - W Bełchatowie grałem w piłkę już od trampkarza. W latach 1972-74 przebywałem w wojsku, gdzie niejako zmuszony zostałem do zajęcia się na poważnie futbolem. Dlaczego? Bo w Skrze raz grałem w siatkówkę, a raz w piłkę - śmieje się wspominając ten czas "Małpa". - Wołali tak na mnie, ponieważ nie miałem problemów z koordynacją ruchową. Na wojewódzkich mistrzostwach szkół podstawowych w gimnastyce sportowej zająłem trzecie miejsce, a w roli bramkarza taka gibkość mi to tylko pomagała. Broniłem chwilami groźne strzały w górny róg bramki w nieprawdopodobnych okolicznościach - opisuje "Kwiatek", który zawiesił buty na kołku po zakończeniu sezonu 1983/84 roku.

W międzyczasie, a dokładnie 27 stycznia 1983 r., na zebraniu klubu zrezygnowano z członu "Węgiel Brunatny". Od tego dnia funkcjonuje nazwa Górniczy Klub Sportowy "Bełchatów", którą zna coraz więcej sympatyków futbolu. Zespół z nieustannie rozwijającego się miasta okrzepł w rozgrywkach III ligi, a nabrane doświadczenie powoduje, że niestraszne są mu spotkania m.in. z Wisłą Płock, GKS Tychy, Polonią Warszawa czy Borutą Zgierz. W roku 1986 pracę jako pracownik administracyjny i szkoleniowiec grup młodzieżowych mając pod swoimi skrzydłami m.in. Jacka Berensztajna rozpoczął Dariusz Marzec. Rok później kilkudziesięciotysięczny Bełchatów eksplodował radością, a nowy stadion był świadkiem rodzącej się drużyny, która mogła po raz pierwszy w historii świętować awans do II ligi. Warto podkreślić, że przed sezonem do zespołu prowadzonego przez Czesława Fudaleja dołączyli zelowscy bracia Surlit - Wiesław i Krzysztof, którzy w swej karierze grali w reprezentacji Polski, ale i znanych piłkarskich markach, z którymi świętowali wielkie sukcesy. - Ten sezon - 1986/87 - jest pamiętny również ze względu na sensacyjne występy naszej drużyny w Pucharze Polski. Jako III-ligowiec GKS wyeliminował kilku II-ligowców, a także stosunkowo łatwo rozprawił się z dwiema drużynami pierwszoligowymi. W ćwierćfinale los wybrał na przeciwnika Wisłę Kraków, czołowy zespół ówczesnej ekstraklasy. Pierwsza w historii transmisja meczu GKS miała miejsce w grodzie Kraka, gdzie bełchatowianie ulegli gospodarzom 0:2. Rewanż przy Sportowej zgromadził rekordową liczbę kibiców, bo aż 7000. W regulaminowym czasie gry GKS wygrał 2:0 i odrobił straty z pierwszego meczu. W dogrywce Wisła zdobyła zwycięską bramkę i awansowała do półfinału PP. Pokazano jednak w Bełchatowie futbol na wysokim poziomie i okazało się, że na mecz piłkarski może wybrać się blisko 15 proc. mieszkańców Bełchatowa - opowiada Antczak. W kolejnych latach górniczy klub balansował na granicy II i III ligi, dodatkowo musiał mierzyć się z transformacją polskiej gospodarki, co w większości przypadków miało znaczący wpływ na funkcjonowanie klubów sportowych. W Bełchatowie sobie z tym poradzono, a dzięki wypracowaniu w 1990 r. przez dyrektora Kopalni nowej formuły finansowania GKS oraz uchwaleniu przez radę pracowniczą przyznania na ten cel środków finansowych, piłkarze "Brunatnych" mogli grać dalej.

Przed sezonem 1990/91 do klubu przybyło kilku nowych zawodników, m.in. Janusz Koterwa, Artur Lamch, Wiesław Liszka, Marek Pochopień i Robert Rogan. Dodatkowo do kadry zostali włączeni utalentowani wychowankowie klubu np. Berensztajn, Sylwester Szkudlarek czy Dariusz Stelmach. Drużyna prowadzona ponownie przez Zbigniewa Lepczyka wygrała swoją grupę wyprzedzając zaledwie o punkt Borutę Zgierz i o cztery Wisłę Płock. W 30 meczach bełchatowianie doznali tylko dwóch porażek, a w ostatniej kolejce pokonali 3:0 LKS Jankowy. Dwie bramki strzelił wtedy Karbownik, a jedną dorzucił Marchwiński. Kibice GKS obecni wówczas na stadionie ufundowali dla drużyny trzy butelki szampana, a w rewanżu otrzymali koszulki piłkarzy. - Piłkarze pełni radości oddali kibicom swoje ostatnie koszulki. Po powrocie do Bełchatowa okazało się, że stan na koncie magazynowym wynosił okrągłe zero - wspomina z radością tę sytuację Dariusz Marzec. Za kilka lat będzie świadkiem kolejnej euforii fanów i ludzi związanych z "Brunatnymi", ponieważ w 1995 r. awansował on po raz pierwszy do piłkarskiej elity Polski. Zespół uczynił to w stylu godnym pochwały, ponieważ był obecny w czołówce ligowej tabeli przez cały sezon, a dodatkowo przypieczętował awans na dwie kolejki przed końcem gdy pokonał 3:0 Hetmana Zamość po golach Roberta Górskiego (x2) i Berensztajna. - Myślę, że niejedno miasto w Polsce wiele by oddało aby móc przeżyć dzisiaj takie chwile. Słyszałem o obawach prezydenta Bełchatowa związanych z awansem, ale uczynię wszystko aby to miasto miało jak najmniej kłopotów z GKS - mówił wtedy po spotkaniu na łamach "Tygodnia Bełchatowskiego" prezes klubu Zdzisław Drobniewski. Dodał także, że obecny na meczu szef Wydziały Dyscypliny ocenił stadion jako "mało rewelacyjny", ale dodał, że w lidze są gorsze jeśli chodzi o bezpieczeństwo. Ostatecznie GKS grał w dalszym ciągu przy Sportowej, a po awansie pół Bełchatowa przyszło by malować płot okalający murawę. - Dzisiaj z przyjemnością się gości przy Sportowej, a ten stadion na miarę Bełchatowa był jeszcze do niedawna najlepszym obiektem w woj. łódzkim. Myślę, że klub się rozwinął i rozwija cały czas - wspominał na Gali 40-lecia Drobniewski. - W tamtych czasach przy piłce funkcjonowali pasjonaci i społecznicy, zapaleńcy. W klubie sportowym trzeba pozostawić serducho, tam się nie pracuje od 7 do 15. Ta praca to często obowiązki od świtu do zmierzchu, trzeba poświęcić rodzinę. Myślę, że będzie lepiej jeśli ci menadżerowi to zrozumieją. To nie da się przyjść, odbębnić swoje, wziąć wypłatę. Trzeba więcej zaangażowania i poświęcenia dla tej historii, trzech liter - dopowiedział.

29 lipca 1995 r. - tego dnia na Sportową zmierzały tłumy, a na trybunach zasiadło ponad 7000 kibiców. - Jest to wielkie wydarzenie w życiu naszego regionu, bowiem województwo piotrkowskie nigdy jeszcze w swoim 20-leciu nie miało drużyny na tak wysokim szczeblu rozgrywek (...) Tego dnia nie da się już powielić - takie słowa prezesa Drobniewskiego można było przeczytać w specjalnym programie meczowym, do którego zapewne wielu zajrzało zanim zabrzmiał pierwszy gwizdek w meczu z Górnikiem Zabrze. Goście ze Śląska pokonali zespół Władysława Łacha 3:4 (2:2), ale zdaniem obserwatorów, gospodarze tego dnia zasłużyli choćby na punkt. - Ten mecz, to moim zdaniem niefortunna porażka. Chcieliśmy go za wszelką cenę wygrać, pokazać się z dobrej strony, ale niestety zabrakło tego doświadczenia z boisk wyższej ligi. Ta fatalna runda, ten brak wiary we własne umiejętności sprawił, że nie mieliśmy się czym chwalić, a te kilka punktów po jesieni nie dawało nadziei na utrzymanie - wspomina Berensztajn. Jednak przyszła rewelacyjna wiosna, w której klub zdobył aż 33 punkty utrzymując się w lidze dzięki wygranej w Bełchatowie, w ostatniej kolejce z Pogonią Szczecin 2:1. Ten środowy mecz obserwował nadkomplet 8 tysięcy widzów, którzy po meczu z radości masowo wbiegli na murawę. Zaledwie parę dni po tym wydarzeniu miał miejsce kolejny historyczny moment dla klubu. 16 czerwca 1996 r. w Warszawie na stadionie tamtejszej Polonii "Brunatni" wystąpili w finale Pucharu Polski. Zmierzyli się w nim z II-ligowym Ruchem Chorzów, a na mecz wyruszyła z Bełchatowa rekordowa liczba 800 kibiców. Pojedynek niestety zakończył się porażką 0:1, podobnie jak drugi finał Pucharu trzy lata później, z Amiką Wronki w Poznaniu.

- Kilka dni dzieliło oba spotkania i na pewno szkoda, że nie udało się wznieść tego pucharu w Warszawie. To jest jednak futbol, a my przeżyliśmy coś fajnego. Chciałoby się dużo, ale chyba w ówczesnym czasie zbyt dużym dla nas sukcesem było utrzymanie się w tej I lidze. Na tą końcową radość walczyliśmy cały sezon, a w sumie głównie rundę wiosenną. Zaś w finale od końcowego triumfu dzielił nas tylko jeden mecz i ten szczęśliwy gol Darka Gęsiora. My może psychicznie nie byliśmy wypaleni, ale mieliśmy gdzieś z tyłu głowy, że przecież parę dni temu zrobiliśmy już "coś". Dużą, wielką robotę, po której przyszedł ten mecz w Warszawie. Chcieliśmy go wygrać, ale czegoś nam zabrakło - próbuje tłumaczyć Artur Lamch, który wówczas na dobre zadomowił się w Bełchatowie, a przybył do niego parę lat wcześniej. - Skromnie powiem, że z przyjemnością wspominam tą swoją przygodę z GKS Bełchatów, bo "kariera" to byłoby za duże słowo. Myślę, że GKS dał mi naprawdę sporo. Pozwolił mi przeżyć taki dreszcz emocji związany z występami w różnych spotkaniach, finałowych czy nie. To trzeba było przeżyć, by móc o tym dziś opowiadać. Jestem z tego niezmiernie zadowolony i dziękuje, że dane mi było być tego naocznym świadkiem - uzupełnia i uwypukla fakt, że gdy przychodził do Bełchatowa była III liga, a dane mu tu było zagrać wśród najlepszych. - Mogę być tylko dumny, a to co mam, to GKS w swym sercu. Liczę na to, że kiedyś ta Ekstraklasa wróci na Sportową - kończy zawodnik, który w ocenie kibiców zasłużył na miejsce w kibicowskiej "Jedenastce 40-lecia" obok m.in. Berensztajna, Szkudlarka oraz autorów największego klubowego sukcesu w historii, czyli wicemistrzostwa Polski z 2007 roku.

Po spadku z I ligi w sezonie 1998/99 Bełchatów aż do 2005 r. musiał czekać na powrót do grona najlepszych drużyn w kraju. Często był dosłownie "o krok" od tego sukcesu, ale zawsze czegoś brakowało. Rok w rok zespół z centralnej Polski był wśród kandydatów do awansu na co niewątpliwie był gotowy, ponieważ stadion zmienił się nie do poznania, a dodatkowo w 2003 r. podczas drugoligowego meczu z KSZO Ostrowiec Świętokrzyski zainaugurowało sztuczne oświetlenie. Awans przyszło drużynie Mariusza Kurasa świętować po zwycięstwie z Radomiakiem Radom, kiedy to dubletem popisał się Radosław Matusiak. Ten sam, który dwa sezony później oczarowywał piłkarską Polskę. Zanim to jednak nastąpiło Janusza Paducha na stanowisku prezesa klubu zastąpił Jerzy Ożóg, a na ławce trenerskiej GKS zasiadł Orest Lenczyk. Nestor polskiej myśli szkoleniowej zdołał utrzymać Ekstraklasę dla Bełchatowa, by w kolejnym sezonie doprowadzić do niemożliwego. Wicemistrzostwa Polski.  - Piękny czas, który non stop towarzyszy każdemu kibicowi GKS. Nawet oglądając różne filmy o tym klubie np. na YouTubie, zawsze gdzieś z boku wyświetlają się fragmenty spotkań z tamtego sezonu. To była świetna drużyna, ze świetnym trenerem i wspaniałymi ludźmi, których udało się natchnąć i być częścią tego olbrzymiego sukcesu. Praca tych wszystkich osób sprawiła, że weszliśmy na salony - wspominał przed kamerą telewizji "B24" Ożóg.

388.jpg

- Wtedy z tego wicemistrzostwa cieszyłem się bardzo, a dzisiaj z perspektywy czasu mogę tylko żałować, że ten medal nie był koloru złotego. Byliśmy naprawdę blisko, wręcz mieliśmy go już w swych dłoniach. Zbieg okoliczności i sekwencja wydarzeń spowodowała, że zostało tylko albo i aż srebro - dodaje. Tomasz Wróbel, jeden z zawodników tamtej drużyny mówi wprost, że jest dumny z bycia częścią tego klubu. - Bełchatów to duża cząstka mojego życia, kawał czasu. Ci ludzie, którzy uczestniczyli w życiu tego klubu, a którzy byli na tej Gali 40-lecia zapewne mieli mniejszy albo większy wpływ na jego losy. Wszyscy wspólnie tworzyli fundament pod jego codzienną historię. Cieszę się, że i ja mogłem dorzucić do tego parę swoich groszy - śmieje się. Tak wielkiego sukcesu nie udało się powtórzyć, podobnie jak przywileju reprezentowania Polski na arenie europejskiej. Tak jak miało to miejsce w 2007 r. za sprawą gry w Pucharze UEFA. Jednak w tym momencie zapewne wielu fanów GKS Bełchatów chciałoby minimum powrotu w szeregi najsilniejszej polskiej ligi piłkarskiej. Tej samej, którą w sezonie 2012/2013 próbował ratować m.in. Kamil Kiereś. - Po odejściu Michała Probierza, gdy przejmowałem ten zespół, był on skazany na pożarcie. Dodatkowo medialnie nie mieliśmy najlepszej "prasy". Pamiętam, że gdy wtedy usiedliśmy do rozmów można było odnieść wrażenie, że za chwilę zgasimy światło w klubie. To był moment zdwojonej determinacji i wytężonej pracy. Zwłaszcza to pierwsze określenie mocno towarzyszyło nam podczas tamtej pracy. W pierwszej kolejności chcieliśmy walczyć o punkty w każdym meczu. Staliśmy się rewelacją wiosny, ale tymi małymi krokami odbudowaliśmy wizerunek klubu, który już po spadku, sezon później świętował powrót do najlepszych. Pamiętam, że po przyjeździe ze Stróż na stadionie oczekiwali nas kibice, były szampany, race i sztuczne ognie. Niezapominanie momenty - tłumaczy Kiereś, który jak mało który szkoleniowiec, jest niezwykle ciepło odbierany przy Sportowej. - Te 40 lat jest historia nie tylko klubu, ale i przez pewien okres, również i mojego życia. Mówimy o pracy trenerskiej, ale z tymi barwami związany jestem od lat młodzieńczych, jeszcze jako chłopak uczęszczający na treningi piłkarskie. Jako piłkarz nie udało mi się tu zaistnieć, ale swoje minuty na boisku jednak zaliczyłem. Praca szkoleniowa to początkowo praca z grupami młodzieżowymi, później nauka w roli asystenta, gdzie zaliczyłem ponad 200 spotkań. Bardzo duże doświadczenie umożliwiło mi podjęcie już funkcji samodzielnego trenera I zespołu GKS Bełchatów. Za każdym razem były to lepsze i gorsze chwile, świętowanie awansu i płacz po spadku - opowiada i po chwili dodaje: - Szkoda, że dziś klub funkcjonuje na poziomie drugoligowym. Z pozycji obserwatora można odnieść wrażenie, że ten klub umiera. Nie żyje on rozwojowym rytmem. Jednak będąc dzisiaj na tej gali dostrzegam także ten entuzjazm. Ta historia i jej wyjątkowy moment buduje przyjazny klimat i daje takie przekonanie, że pomimo tych trudnych realiów, warto w tę markę inwestować. Przetrwać te trudne chwile i krok po kroku piąć się w hierarchii klubowej Polski.

Obecnie GKS Bełchatów występuje w II lidze, na trzecim poziomie rozgrywkowym kraju. Jednak jubileusz 40-lecia był też dobrym momentem by wysłuchać życzeń urodzinowych kierowanych pod adresem jubilata. - Dziś trzeba nam się cieszyć, że ten klub funkcjonuje, że doczekał pięknego jubileuszu. Środowisko Bełchatowa powinno być dumne z tego klubu, który przez te 40 lat osiągnął więcej niż to sobie mogli wyobrazić jego ojcowie w chwili jego założenia. Ja jestem optymistą, a w sporcie bywa różnie. Są dni chwały i porażki - przekonywał Zdzisław Drobniewski. - Determinacja i wytrwałość. To moja krótka rada dla osób, które zarządzają dziś klubem. Sportowa 3 pamięta takie trudne momenty, ale podobnie jak wtedy, trzeba je przezwyciężyć, nie można się poddać. Nie ma co zakładać długofalowych planów, a stawiać mocne małe kroki - to z kolei słowa Kamila Kieresia. - Jest fundament ku temu by klub wrócił na należne jemu tory - dorzuca Tomasz Wróbel. - Najważniejsze jest poświęcenie, nad tym co się robi, by robić na sto procent - przekonuje na koniec Artur Lamch.

387.jpg

- Trudno w kilku słowach opowiedzieć czym jest nasz klub, jaką stanowi wartość dla mieszkańców naszego regionu, jakie budzi emocje, dlaczego jest wyjątkowy, choć przecież czasem zdarza się z nim pocierpieć. Każdy z nas może czuć to inaczej i choć po euforii potrafimy się na „Brunatnych” pogniewać, to przecież to jest klub każdego z nas i będzie istniał dopóki będziemy nosić go w sercu - przekonują przy Sportowej 3, gdzie mimo trudnych czasów, można dostrzec pozytywne nastawienie na kolejne dni istnienia i chęć powrotu do "złotych lat". - Pomimo słabszego okresu PGE GKS Bełchatów wciąż pozostaje uznaną marką na mapie polskiego piłkarstwa, czasem nawet bardziej docenianą poza samym Bełchatowem, a naszym zadaniem jest zachowanie tej wartości dla następnego pokolenia. Zapewnienie bezpiecznego funkcjonowania klubu to przede wszystkim ciekawa przyszłość dla kolejnych tysięcy młodych ludzi, którzy zapragną tworzyć jego historię jako zawodnicy czy kibice na trybunach - kończą moi rozmówcy. Ich zdaniem GKS Bełchatów ma podwaliny by doczekać swojej pięćdziesiątki i móc ponownie zaprosić na tę uroczystość wszystkich mu bliskich. Bez względu na miejsce zajmowane w jego "domu" przy Sportowej 3.

Tekst powstał przy pomocy archiwum klubowego GKS Bełchatów
Teks ukazał się także w dwutygodniku regionalnym "Fakty"

fot tytułowe. Piotr Kurzydlak / GKS Bełchatów
fot. Archiwum GKS Bełchatów

Artykuł dodał: Kamil Haładaj

 

<< powrót do wszystkich aktualności

social icon social icon social icon social icon
Projektowanie stron internetowych Master-NET | Polityka prywatności | 432355 odwiedzin