Gaworska: Myślę o Olimpiadzie

2017-07-20 13:33:32

Gaworska: Myślę o Olimpiadzie

Złapaliśmy Aleksandrę Gaworską na chwilę, między Mistrzostwami Europy U23, a Mistrzostwami Polski seniorów, które startują już jutro. Nasza złota mistrzyni wpadła do swojego rodzinnego Bełchatowa na chwilę i udzieliła wywiadu specjalnie dla Czytelników BELsport.pl

Ten medal, który przed nami leży, to zapewne najcenniejsze twoje trofeum. Opowiedz o swoich wrażeniach, emocje już opadły?
Tak, to było największe moje sportowe marzenie, aby stanąć na podium Mistrzostw Europy i wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego. Emocje, tak jak w niedzielę, wciąż są we mnie żywe. To było coś niesamowitego. Jestem bardzo szczęśliwa, że udało nam się sięgnąć po złoto.

Jak stanęłyście już w czwórkę (w sztafecie 4x400 m oprócz Oli pobiegły też Dominika Murasińska, Adrianna Janowicz i Mariola Karaś] na tym podium, to nogi się ugięły, łza się w oku zakręciła, gdy usłyszałaś "Jeszcze Polska nie zginęła..."?
Oczywiście. Od razu po biegu Dominika płakała ze szczęścia, a ja nie byłam w stanie nic powiedzieć. Byłam tak oszołomiona, że nie wiedziałam co się dzieje. Skakałyśmy z radości, to było coś niesamowitego. A na podium. To było uczucie szczęścia.

Chciałem Cię zapytać o taktykę tego biegu, bo jak ruszyłaś na swoją zmianę bardzo mocno pomyślałem, co ona robi?! Nie da rady przebiec całego kółka z przodu, zabraknie na finiszu. Byłaś na tyle pewna swojej formy, wiedziałaś, że Cię nie dogonią?
Miałam taką nadzieję (śmiech). Słynę z tego, że moim atutem jest końcówka, dlatego ta ostatnia zmiana była dla mnie idealna, ponieważ dziewczyny są szybsze, więc one musiały mocno zacząć, zająć dobrą pozycję. A moim zadaniem natomiast było wyjść z końcówki. Wierzyłam w to mocno. Zachowałam siły na koniec i mimo, że czułam rywalkę za plecami, to do końca wierzyłam, że jak wyjdę z wirażu, to będzie dobrze. Słyszałam doping wszystkich kibiców, który niósł mnie do przodu. Nie było opcji, żeby zabrakło sił. Widziałam jak meta się zbliża. Musiałam dobiec po to złoto!

Ale niespełna trzy godziny wcześniej startowałaś indywidualnie w finale na 400 m ppł. Nie było problemu z regeneracją? Bo zakładam, że finał płotków pobiegłaś na maksa.
To nie był większy problem. Na płotkach nie męczę się tak, jak na płaskich 400 m. Dobrze przetrenowałam ten sezon, miałam wiele zgrupowań. Czułam się silna i nie czułam zmęczenia po tym finale. Zresztą nawet jakbym czuła, to bym nie dopuszczała takiej myśli do siebie (śmiech).

Wydawało mi się, że płotki to trudniejsza konkurencja, bardziej techniczna...
Dokładnie tak, a mi do tej techniki trochę jeszcze brakuje. Sporo jest w tej materii do zrobienia. Czwarte miejsce na 400 m ppł to mój największy sukces indywidualny. Były podstawy, aby mieć ciche nadzieje na walkę o medal, jednak widziałam w trakcie zawodów, że trochę mi jednak brakuje. Rywalki były poza zasięgiem. Cieszę się, że z biegu na bieg osiągałam lepsze rezultaty, a w finale najlepszy. Do życiówki zabrakło niewiele, natomiast nawet gdybym ją pobiła, to do medalu sporo by brakło. Jeszcze nie teraz.

W Polsce na 400 m ppl nie ma dziewczyny w wieku do lat 23, która biegałaby szybciej od Ciebie. Złoto mistrzostw Polski samo o tym świadczy. Ale jak patrzysz na konkurentki z zagranicy lub polskie seniorki, to porównując się z nimi, na jakim etapie jesteś?
Dopiero się uczę. Jestem świadoma tego, że dziewczyny, zwłaszcza seniorki mają dużo większe osiągnięcia i doświadczenie. Ale czuję się mocna w tym sezonie. Czuję respekt, ale będę walczyć, na pewno nie odpuszczę. Są nadzieje, że może zakwalifikuję się do sztafety na mistrzostwa świata. Jak się nie uda, to nic się nie dzieje. W tym sezonie zrobiłam swoje.

No właśnie, bo złapaliśmy się w Bełchatowie na chwilę, gdyż jesteś tutaj przelotem. Wpadłaś wyprać ciuchy i jedziesz na kolejne mistrzostwa? Tym razem Polski, seniorów...
Dokładnie (śmiech). Przede mną mistrzostwa Polski seniorów w Białymstoku, które startują już w piątek. Nie wiem jeszcze czy będę biegać płotki i płaskie 400 m, czy tylko płaskie. Możliwe, że będzie jeszcze sztafeta klubowa. Nastawiam się na finał i mam nadzieję, że uda mi się powalczyć o szóste miejsce. Jeśli by się udało, to będzie to oznaczało, że jest jeszcze coś do zrobienia w tym sezonie.

Czyli mistrzostwa świata seniorów w Londynie, jedna z największych sportowych imprez na tej planecie, na którą będą patrzyć już wszyscy. Cały sportowy świat.
Nawet sam wyjazd jako rezerwowa w sztafecie to byłoby dla mnie coś wielkiego. Przeżycie tego na żywo bardzo by mnie zmotywowało do jeszcze cięższej pracy. Bardzo bym chciała pojechać.

Tego Ci życzę. Ale chciałem zapytać, co działo się z tobą w tzw. międzyczasie. Pamiętamy Cię jeszcze kilka lat temu z BKL, potem zniknęłaś, jak wielu tych, którzy kończąc szkołę średnią odchodzą do innych miast, klubów i często znikają na dobre. Jak w ogóle wspominasz tą swoją przygodę w BKL?
Oj, bardzo miło wspominam. Mimo, że nie miałam tutaj jakiś większych osiągnięć, to przychodziłam na treningi, bo czułam się w klubie bardzo dobrze. Byliśmy jedną wielką rodziną. Spędzaliśmy ze sobą czas nawet po treningu. Przychodziłam chętnie dla samego poczucia bycia w tej grupie. Wszyscy się wspieraliśmy, było bardzo fajnie. Nie trenowałam wówczas jakoś bardzo mocno, miałam też inne zainteresowania, nie byłam bardzo systematyczna. Ale miałam z tego bardzo dużą frajdę.

O waszych obozach przygotowawczych krążą legendy...
Bardzo dobrze je wspominam.

Trener Dariusz Rybarczyk łapał się podobno za głowę.
Tak źle nie było (śmiech).

Wtedy nie myślałaś, że lekkoatletyka stanie się dla Ciebie czymś więcej niż przygodą z czasów szkolnych?
To było hobby. Jedno z wielu, ale lubiłam rywalizację i mimo, że wielokrotnie rezygnowałam, to za każdym razem trener Rybarczyk przyjmował mnie z powrotem. Gdzieś w głębi we mnie wierzył. Mi też w sercu jednak gdzieś to głęboko leżało i zawsze mogłam wrócić.

Co zdecydowało o tym, żeby jednak pójść na AWF i do klubu?
Po rozmowach z koleżanką zatęskniłam za emocjami, rywalizacją. To była Karolina Fiszer, też trenująca w BKL. Bardzo mi pomogła ta rozmowa. Ona przekonała mnie abym poszła do Krakowa, poleciła mi trenera Andrzeja Gizę, który mimo, że mnie nie znał, to przyjął mnie do klubu i wiele mi pomógł.
324.jpg
Fot. Tomasz Kasjaniuk / Fotografia Sportowa

W AZS AWF Kraków przekonali Cię, że warto się zaginać, bo przecież to już jest trening profesjonalny? Nie ma opcji, że nie chce mi się, to nie idę.
Wiadomo, że jak decyduje się na sportowe wyzwania i chciałabym osiągać sukcesy na arenie krajowej i międzynarodowej, to już jest większe poświęcenie. Muszę się liczyć z tym, że wyjeżdżam często na zgrupowania, trenuję sześć razy w tygodniu, w okresie przygotowawczym nawet po dwa razy dziennie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że nie ma innej drogi do sukcesu, niż ciężka praca.

Dla sportowców z mniejszych ośrodków, takich jak BKL, to na pewno duży przeskok. Przyjeżdżasz na jedną z najlepszych uczelni sportowych w kraju, do klubu gdzie rywalizacja jest zupełnie inna. Jak to wyglądało?
Dla mnie rywalizacja działa mobilizująco. Przyjeżdżając tam nie miałam osiągnięć. Mamy w Krakowie na prawdę mocną grupę. W BKL medal mistrzostw Polski jest czymś wielkim, tam na porządku dziennym. Jest więc do kogo równać, a to bardzo dużo daje, jeśli trenuje się w takiej silnej grupie. Wszyscy siebie nawzajem napędzają.

Sama się uparłaś, że będziesz biegać przez płotki?
Nigdy nie miałam wielkiej wytrzymałości. W młodzikach biegałam trochę na 600 m, ale bez większych osiągnięć. Moja przygoda z płotkami zaczęła się w Łodzi. Ponieważ między BKL, a KS AZS AWF Kraków był jeszcze UKS 55 Łódź. Do pójścia tam zachęcił mnie trener Maciej Paliszewski, który potrzebował osoby do sztafety. To on zaproponował mi pracę z płotkami.  Nie było od razu super. Ale stwierdziliśmy, że mam większe szanse osiągać wyższe lokaty na płotkach, niż na płaskich 400 metrach. Natomiast w tym sezonie sama byłam zaskoczona, że było tak dobrze. Przepracowałam sezon bardzo solidnie, stąd takie rezultaty, że i na płotkach i na płaskim jestem wysoko. Nie spodziewałam się tego. Liczę, że jeszcze coś ze swoich czasów uda się urwać.
Myślę, że każdy trener, którego spotkałam po drodze czegoś mnie nauczył. Sukces ma wielu ojców. W Bełchatowie zaczęłam wszystko od podstaw. Mam ciężki charakter, więc wiem, że trenerowi Dariuszowi Rybarczykowi nie było łatwo ze mną. W Łodzi zaczęłam płotki, chociaż nigdy wcześniej nie pomyślałabym, że będę biegać przez płotki. W Bełchatowie nienawidziłam treningów płotkarskich. Cieszę się, że ta Łódź była po drodze, bo nie wiem, jakby to wyglądało teraz. Każdy trener dołożył więc swoją cegiełkę do tego, jak biegam dziś. Do tego złotego medalu.

Przypomniałaś o sobie już w tamtym roku...
W ubiegłym roku miałam brąz w Mistrzostwach Polski, ale też trenowałam niewiele, ponieważ dopiero w kwietniu wróciłam do treningów po kontuzji. Tamten sezon pokazał mi jednak, że mogę mieć nadzieję na przyszłość. Właśnie na ten, obecny rok, ponieważ po długiej przerwie doszłam do formy i wówczas sięgnęłam po brązowy medal w Mistrzostwach Polski.

No dobra, ale nie samym treningiem sportowiec żyje. Co porabiasz w tym Krakowie?
Studiuję na trzecim roku AWF. Kulturę fizyczną osób starszych. W tym roku przede mną licencjat. Nie mam problemów z pogodzeniem studiów ze sportem. To kwestia dobrej organizacji czasu. Mam też indywidualny tok studiów. To duży ukłon uczelni w stronę sportowców, dzięki czemu mogę zaliczać egzaminy w różnych terminach. To pozwala mi jeździć na zgrupowania.

Wakacji w tym roku nie będzie?
Zobaczymy. Albo zakończę sezon teraz mistrzostwami Polski seniorów, albo pojadę jeszcze gdzieś dalej.

400 m to królewski dystans lekkoatletyczny, konkurencja jest duża. Jak widzisz swoją przyszłość?
Rzeczywiście konkurencja jest bardzo duża. Dziewczyny, które wystartują w Białymstoku są starsze, mają większe doświadczenie, jeszcze sporo mi do nich brakuje. Nie mogę się jeszcze porównywać ze ścisłą czołówką, ale też jest jeszcze sporo z życiówki do urwania. Myślę, że na płotkach mam większe rezerwy, ponieważ mam słabą technikę, więc jeśli nad nią popracuję, to mogę osiągać lepsze wyniki.

Czyli ten przysłowiowy szklany sufit jeszcze daleko przed Tobą?
Mam nadzieję. W tym roku się przełamałam, zrobiłam duży skok, liczę, że ciągle będzie progres i powoli będę gonić czołówkę. Aż w końcu ją dogonię i uda się dostać na igrzyska (śmiech).

No właśnie, bo po tym co osiągnęłaś teraz, to pytanie, które nasuwa się samo. Igrzyska Olimpijskie to jest dla Ciebie sfera marzeń, czy teraz to już cel do osiągnięcia?
Na razie w sferze marzeń, bo jednak w sporcie różnie bywa. To wciąż temat bardzo odległy. Ale marzenia są do spełniania. Wszystko jest możliwe. Jeżeli będę robić postępy jak teraz, jeśli wszystko będzie szło do przodu, będzie progres, to wierzę, że nadejdzie ten moment, że wystartuję kiedyś na igrzyskach.

Na najbliższych w Tokio w 2020...
Mam nadzieję, że tak.
323.jpg

To jest pytanie o Twoją determinację. Bo jak nie Tokio, to 2024 rok jest szalenie odległy. Będziesz miała w sobie tyle siły, żeby wypruwać żyły na treningach kolejne lata? A wiadomo, że to już będzie walka o urwanie z życiówki jakiś ułamków sekund, nie więcej. I ciągła harówa.
No tak, mam tego świadomość. W pewnym momencie wyniki są na tyle wyśrubowane, że ich pobicie zależy od bardzo wielu czynników. Nie tylko samego treningu, ale też odpowiedniej regeneracji oraz też życia poza sportem. Żeby nie było przesytu.

Żeby nie było przesytu, mówisz, kultura fizyczna osób starszych... Ciekawe. Co zamierzasz robić, jak już zwolnisz, przestaniesz biegać?
Może będę prowadzić zajęcia na uniwersytetach trzeciego wieku z osobami starszymi. Mogę też prowadzić indywidualne treningi. Ale chciałabym też pracować z dziećmi. W przyszłości planuję zrobić kursy instruktora lekkiej atletyki. Myślę, że pracę z młodzieżą i osobami starszymi można połączyć. Na pewno chcę zostać w sporcie, to jest moja pasja, z którą chciałabym wiązać przyszłość.

Powrót do Bełchatowa w ogóle rozważasz, czy z Krakowa to się już nie wraca?
Na razie nie mam pojęcia (śmiech). Tak dalekosiężnych planów nie snuję. Ale lubię spokój, który jest w Bełchatowie, a którego brakuje w dużym mieście.

Chciałbyś na koniec powiedzieć coś swoim następcom w BKL?
Na pewno mogę powiedzieć, że są w dobrych rękach. Z tego klubu można wyjść i osiągać później sukcesy. Potrzebna jest tylko determinacja, samozaparcie i zawziętość. Bardzo się cieszę, że jest w Bełchatowie wiele osób, które szczerze dobrze mi życzą, zawsze mi kibicują i wspierają. Uwielbiam wracać do Bełchatowa, tutaj się relaksuję, wyciszam. Tutaj się wychowałam, to moje miasto.

Trener Rybarczyk dzwonił z gratulacjami?
Nawet się spotkaliśmy, była okazja odebrać gratulacje osobiście od trenera. Bardzo się cieszę, że po tylu latach spotkaliśmy się i zamieniliśmy parę słów.

Mówisz, że tutaj można się wiele nauczyć, ale jednak z tej uzdolnionej młodzieży, której nigdy w BKL nie brakowało, niewielu udaje się zostać w sporcie i osiągać wyniki. Przeskok do sportu seniorskiego jest trudny. Tobie się udało...
Może przez ten mój silny charakter. Nie tylko sukcesy, ale generalnie od porażek wszystkiego możemy się nauczyć. Porażki kształtują najbardziej. Trzeba iść po swoje, nie tylko wtedy, kiedy jest dobrze, ale też kiedy jest źle. Trzeba mieć samozaparcie, by dążyć do swego celu.

Trudno do tego coś więcej dodać. Dzięki za rozmowę. Znów nas czeka weekend z lekką atletyką, będziemy nasłuchiwać i wypatrywać wieści z Białegostoku. Powodzenia.
Chyba powinnam powiedzieć, nie dziękuję.

Artykuł dodał: Maciej Wiśniewski

 

<< powrót do wszystkich aktualności

social icon social icon social icon social icon
Projektowanie stron internetowych Master-NET | Polityka prywatności | 218894 odwiedzin