Kierach: Dzisiejsze czasy psują młodzież

2017-07-11 12:00

Kierach: Dzisiejsze czasy psują młodzież

Krystian Kierach zakończył pracę z zespołem rezerw PGE GKS Bełchatów po sześciu sezonach i ponad dwustu oficjalnych spotkaniach. - To była przemyślana decyzja, żaden impuls chwili - tłumaczy w długiej rozmowie z naszym serwisem sam zainteresowany.

O osobie trenera i jego historii pracy w roli szkoleniowca obszerniej pisaliśmy TUTAJ.

Tyle lat spędzonych w roli trenera rezerw GKS Bełchatów. Nie żal było rezygnować?

- To była przemyślana decyzja, żaden impuls chwili. Od dłuższego czasu walczyłem sam ze sobą, a to nie może tak być, że trener zastanawia się nad tym, czy chce pracować w tej roli. W moim przypadku wątpliwości były jedynie osobiste. Uważam, że muszę odpocząć po paru latach ciężkiej, codziennej pracy.

Decyzję podał Pan samodzielnie czy po konsultacji np. z małżonką? Dało się także usłyszeć o ofercie pracy w innym klubie.

- Owszem, były propozycje prowadzenia innych drużyn, a nawet objęcia roli koordynatora w innym klubie. Na chwilę obecną bardzo dobrze czuje się w Bełchatowie, a GKS-owi zawdzięczam wszystko w swojej przygodzie z trenerką. Decyzja była rozważna, przemyślana, zestawiłem ze sobą opcje ’za’ i ’przeciw’. Nie ukrywam, że przyszło mi to bardzo ciężko bo praca trenera sprawiała mi najwięcej satysfakcji.

Teraz czas odpoczynek i koncentracja wyłącznie na pracy koordynatora ds. młodzieży w GKS.

- W ostatnich pięciu latach nie miałem urlopu, na który udałem się teraz z wielką przyjemnością. Wcześniej nie mogłem spędzić z rodziną więcej niż kilku dni. Ponadto te ostatnie dwa sezony również dały mi się we znaki, ale nie tylko mi przecież, bo zapewne odczuła to każda osoba pracująca w klubie. Dynamiczne zmiany osobowe, szalone okna transferowe. To również musiało się odbić na naszym zdrowiu i psychice. Mam pomysł na pracę z trenerami i młodzieżą, pytanie czy będzie możliwość wdrożenia niektórych z nich, bo mogę je określić mianem rewolucyjnych.

Zespół rezerw, który Pan prowadził, miał za zadanie "oddawać" zawodników gotowych do gry w I zespole. Ich obecność tam miała być nagrodą dla tych młodych kandydatów na piłkarzy.

- Taki był i jest nadal cel istnienia "dwójki", miała być ona "trampoliną do sukcesu". Cały czas powtarzałem swoim chłopakom, że gra zespole rezerw miała być dla nich oknem wystawowym. Jak się zaprezentujesz, takie efekty swojej pracy będziesz zbierał. Wydaje mi się, że teraz w naszym klubie, zawodnicy grup młodzieżowych mieli doskonałą okazję do tego, by mieć styczność z I drużyną. Wielu naszych wychowanków na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy dostało okazję debiutu bądź samego treningu z "jedynką". To ogromne wyróżnienie pracy naszych grup młodzieżowych. Miało to także zły efekt, bo w pewnym momencie niektórzy chłopcy, nie do końca wykazujący predyspozycje do bycia piłkarzem, oczekiwali powołania do kadry I drużyny. Musimy mieć świadomość, że to nie jest szkoła, gdzie w dzisiejszych czasach bardzo prosto o promocję do następnej klasy. Niektórzy z nich oczekiwali, że w podobny sposób odbywa się to w cyklu szkoleniowym. A tu jednak spotkało ich zaskoczenie, z którym nie mogli sobie poradzić. I dobrze, bo jestem zdania, że w kadrze I zespołu powinni być najlepsi, mocno wyselekcjonowani, ale przede wszystkim zdeterminowani by osiągnąć sukces. Czasami tego chłopakom brakuje, robią ’bokami’, nie podchodzą profesjonalnie do pewnych rzeczy. Ale oczekiwania względem klubu mają wygórowane.

315.jpg

Ta sytuacja zepsuła naszą młodzież?

- Dzisiejsze czasy psują młodzież, która w dużej mierze bardzo łatwo wszystko otrzymuje. I tak na dobrą sprawę skoro nie trzeba się w życiu o pewne rzeczy starać, to dlaczego mam to czynić na treningach i na boisku? Rodzice często uważają, że jego syn ma zostać piłkarzem wyłącznie dlatego, że trenuje trzy razy w tygodniu po półtorej godziny. To jest żenująca liczba godzin, bo chcąc być zawodowym graczem, to tyle godzin dziennie powinien spędzać na boisku. I tylko wtedy, poświęcając się tak mocno piłce nożnej, ma prawo marzyć o tym, że zostanie piłkarzem.

Z iloma takimi kandydatami na piłkarzy miał Pan do czynienia w trakcie pracy z rezerwami?

- Miałem takich chłopaków, z którymi nie bałbym się iść na pierwszą linię frontu. Byli też tacy, którzy nie do końca profesjonalnie do tego podchodzili. Tak jest wszędzie, bo i w najlepszych klubach świata znajdziemy takie przypadki. Pytanie później, co z sobą zrobić? Ja zawsze powtarzałem, że trzeba mieć plan B. Dlatego moich podopiecznych, którzy zazwyczaj byli w szkole średniej, mocno naciskałem aby ukończyli szkołę wraz ze świadectwem maturalnym. Tak by mieli w dłoni przepustkę do realizacji tego planu B. Różnie z tym bywało, bo spotykałem się również z negatywnymi opiniami rodziców. Mieli oni do mnie pretensje o to, że zawieszałem ich synów w prawach zawodnika, a do tego pytali "Co ma klub do szkoły?". Odpowiadałem, że ma wiele, bo klub zawsze pomagał w wychowaniu młodzieży, a często rodzice nie mając już pomysłu jak wpłynąć na swojego potomka, zwracali się z prośbą o pomoc do nas.

Jaka była Pańska filozofia prowadzenia zespołu?

- W naszym kraju partnerstwo z zawodnikami jest to bardzo śliska droga prowadząca w jednym kierunku, do samozniszczenia trenera. To jest moje zdanie. Wszyscy wiemy, że trener Orest Lenczyk, który osiągnął w tym klubie największe sukcesy, nie podchodził po partnersku do graczy. Raczej mieliśmy przejaw rządów dyktatorskich. To przyniosło jakieś efekty. Każdy z trenerów samodzielnie wybiera model prowadzenia drużyny, z czego następnie jest przecież rozliczany. Ja ukształtowałem się jako młody szkoleniowiec w czasach trenera Lenczyka, który miał ogromny wpływ na mnie, na mój warsztat i pracę.

Czy poza trenerem Lenczykiem inni szkoleniowcy pracujący w Bełchatowie wpłynęli na Pański warsztat, na Pańską wizję futbolu, prowadzenia szatni?

- To jest wszystko uzależnione od osobowości. Niektórzy trenerzy są bardzo otwarci, niektórzy mniej. Jeden trener chce być dla młodszego kolegi nauczycielem, a drugi nie chce tracić swojego czasu na takie pouczające rozmowy. Ja miałem przyjemność współpracować przy Sportowej z dwoma selekcjonerami kadry Polski - Pawłem Janasem i Waldemarem Fornalikiem. Te doświadczenia są bardzo cenne, a i od każdego pracującego w GKS, czegoś się nauczyłem.

Ze swoimi zawodnikami rywalizował Pan aż na czterech polach - Młoda Ekstraklasa, 3 i 4 liga oraz Puchar Polski.

- Uważam, że najlepszymi rozgrywkami dla młodych ludzi była Młoda Ekstraklasa. Dosyć wysoki poziom, a dodatkowo mieli oni okazję konfrontacji z doświadczonymi zawodnikami. Niejednokrotnie przecież na mecze ligowe z I drużyny "schodzili" piłkarze, z którymi nie mogli rywalizować w lidze, a tu mieli taką okazję. Nigdy nie zapomnę meczu z Jagiellonią Białystok w przerwie reprezentacyjnej, gdzie "Jaga" wypuściła do gry swój pierwszy skład. Protokół meczowy z nazwiskiem Euzebiusza Smolarka to była dla nich jak bajka.

- Dwukrotnie przegraliśmy finały wojewódzkie, w tym raz po dogrywce. Nie wiem dlaczego oba rozegraliśmy na wyjeździe... Bardzo mi zależało na pucharach, bo wyniki tu osiągane były dla mnie wykładnikiem wykonanej pracy. Dlatego bardzo się z tego cieszyłem i kładłem duży nacisk, by w tych rozgrywkach wywalczyć jak najwięcej. Bycie szkoleniowcem w rezerwach nie do końca było komfortowe, ponieważ przez cały tydzień pracuje się ze swoimi zawodnikami, a w dniu meczowym kadra może wyglądać zgoła odmiennie. Stąd też ten mój nacisk na wojewódzki Puchar Polski.

316.jpg

Zaliczył Pan również epizod pierwszoligowy z Bytovią Bytów. Czy po tym meczu myślał Pan o licencji UEFA Pro umożliwiającej pracę na szczeblu centralnym?

- Wtedy zepsułbym sobie statystyki (śmiech) Nie ukrywam, że myślę ciągle o tym by zrobić licencję UEFA Pro. Praca na szczeblu centralnym jest imponująca. Mam kontakt z trenerami, z którymi współpracowałem i często z nimi na ten temat rozmawiam. Ich historie i doświadczenia stanowią dla mnie bodziec do tego, by temat uznać za poważny i dążyć do jego realizacji, w wyniku czego rozwijać się dalej jako trener. To wszystko jednak bardzo dużo kosztuje.

- Wstępne rozmowy były prowadzone w tym kierunku, że miałem objąć zespół na dwa mecze. Z Rozwojem Katowice i Bytovią. Nie chciałem za bardzo podejmować się tej roli, sugerowałem opcję Adama Buczka ze względu na dobro drużyny. Decyzja zapadła, wszystko było ustalone. Pojechałem z rezerwami na mecz IV ligi do Piotrkowa Tryb., a po jego zakończeniu miała ukazać się oficjalna informacja o tym, że od czwartku obejmuję I drużynę na okres 10 dni, czas zgodny z przepisami PZPN. Wracając ze spotkania po godz. 21 otrzymałem SMS-a, że nie będę jednak prowadził drużyny w Katowicach. Wówczas nie wiedziałem jaki był sens abym przejął tę rolę na ten jeden mecz, ale nie mnie dziś to oceniać. Wejście do szatni było o tyle ułatwione, że z częścią graczy pracowałem w "dwójce", a sam uścisk dłoni na przywitanie też mi dał odpowiedź na wiele pytań. Między innymi kogo desygnować do gry w wyjściowym składzie na Bytovię. W cyklu przygotowań skoncentrowaliśmy się tylko na sobie, przekazywałem drużynie tylko i wyłącznie pozytywne komunikaty. Inna praca nie miała sensu, po tym jak dostali obuchem w głowę spadając z ligi po porażce z Rozwojem.

Słyszałem, że wiele Pan czyta, do czego też zachęcał swoich zawodników.

- Jeżeli w dzisiejszych czasach trener chce być na topie, to musi ciągle się rozwijać. Czytać, oglądać, analizować, jeździć na konferencje, uczyć się programów komputerowych, które w pracy szkoleniowej mogą tylko pomóc, a ich zaawansowanie i możliwości zastosowania naprawdę wzbudzają podziw. Nie wszyscy jednak tak uważają, bo przecież ciągle jest liczna grupa trenerów, która przekonuje, że wystarcza im "nos trenerski". Każdy pracuje tak, jak uważa.

- Wprowadziłem kiedyś zasadę do szatni, że jeżeli ktoś dokona się przewinienia, które trzeba będzie ukarać, to zakupi książkę. Dorobiliśmy się dość pokaźnej biblioteczki, która w zeszłym roku zniknęła. Nie prowadziłem dochodzenia. Uznałem to za żenujący fakt. Takie jest podejście młodych ludzi. Ja starałem się ich edukować, a pierwszą pozycję, którą zakupiłem na te półki był "Savoir-vivre". Trener w dzisiejszych czasach, szczególnie ten pracujący z młodzieżą, przede wszystkim musi być pedagogiem, opiekunem, przewodnikiem w życiu. A dopiero później trenerem. Jeżeli wyeksponujemy tę rolę trenera na pierwsze miejsce, to się w tym wszystkim pogubimy. Młodzież to wszystko wyczuwa, bardzo trafnie ocenia i podsumowuje.

fot. amielczarski.com / Adrian Mielczarski

Artykuł dodał: Kamil Haładaj

 

<< powrót do wszystkich aktualności

social icon social icon social icon social icon
Projektowanie stron internetowych Master-NET | Polityka prywatności | 218883 odwiedzin