Konrad Piechocki: Wstrzymajmy się z radykalnymi ocenami do końca sezonu

2018-12-21 10:25:14

Konrad Piechocki: Wstrzymajmy się z radykalnymi ocenami do końca sezonu

Mistrzowie Polski, siatkarze PGE Skry Bełchatów, przeżywają trudny czas w trwającym sezonie. Porażka za porażką na pewno nie buduje dobrej atmosfery, ale prezes Konrad Piechocki przekonuje, że bełchatowianie muszą grać lepiej a trener Roberto Piazza ma jego wsparcie. W trakcie rozmowy odniósł się także m.in. do zastrzeżeń kibiców w kontekście jakości transferów oraz miejsca w zespole Kacpra Piechockiego.

To najtrudniejszy moment w historii PGE Skry Bełchatów?
Konrad Piechocki: - Trudny na pewno, ale czy najtrudniejszy? Nie, raczej nie. Było kilka zakrętów, najczęściej wychodziliśmy z nich cało i mam nadzieję, że teraz też tak będzie. Nie mogę jednak nie przyznać, że jestem zaniepokojony nie tylko naszymi wynikami, ale i grą. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo zgadzam się z kibicami, że PGE Skra musi grać lepiej. Nie ma ani jednej osoby w naszym klubie, która nie podpisałaby się pod tym zdaniem.

Zespół wyjdzie z tego zakrętu razem z trenerem Roberto Piazzą?
- Tak, szczerze w to wierzę, a trener ma dziś moje wsparcie. Oczywiście, w sporcie nigdy nie można niczego być pewnym, więc nie mogę dziś powiedzieć, że Roberto będzie naszym trenerem przez lata, ale też nie mogę powiedzieć, że nie będzie. W poprzednim sezonie przygotował zespół do decydujących meczów perfekcyjnie. W tym jest problem, ale…

… ale nic jeszcze Skra nie przegrała. To chciał pan powiedzieć?
- Wiem, że to lekki banał, ale jednocześnie to prawda. Na razie mieliśmy Superpuchar Polski, który wygraliśmy. Ok, były też Klubowe Mistrzostwa Świata, w których ponieśliśmy trzy porażki, ale graliśmy z zespołami bardzo mocnymi i bogatszymi od nas. Chcieliśmy sprawić niespodziankę, ale nie mogę powiedzieć, że zakładaliśmy walkę o medal. Niestety, dziś finansowo nasze kluby odstają od Europy i widać to w wynikach. Nigdy nie byliśmy krezusami na tle klubów z Rosji, czy Włoch, ale różnica była mniejsza. A przede wszystkim tych bogatych klubów było mniej.

760.jpg

Latem zespół został w sporej części przebudowany. Kibice mają zastrzeżenia do jakości transferów.
- Wiadomo, że w sporcie zawodnik musi bronić się grą na boisku. Ja to rozumiem i się pod tym podpisuję, ale proszę o jedno - wstrzymajmy się z radykalnymi ocenami do końca sezonu. Trzeba pamiętać też, że nie mieliśmy wpływu na to, że drużynę musimy przebudować, a na pewno nie tylko my mieliśmy na to wpływ.

Brakuje panu w zespole Srecko Lisinaca czy Bartosza Bednorza?

- Nie chcę mówić w ten sposób, ale myślę, że mogę powiedzieć inaczej - gdyby nie to, że chcieli wyjechać do Włoch i dostali lepsze propozycje finansowe, z którymi nie byliśmy w stanie konkurować, to na pewno graliby w naszym zespole. Nikt o zdrowych zmysłach przecież nie pozbyłby się takich graczy, zresztą obu chcieliśmy zatrzymać. W ich miejsce przyszli nowi zawodnicy i jestem przekonany, że potrafią im dorównać. Ok, dziś na boisku tego nie widać, ale z czasem to się zmieni. Pamiętajmy, że na miejsce Bartka przyszedł Artur Szalpuk, a za Srecko gra Kuba Kochanowski. Obaj znacząco przyczynili się do zdobycia przez reprezentację Polski mistrzostwa świata. Rozmawiamy o graczach wielkiego formatu.

A Marcin Janusz? A Nikołaj Penczew?
- Marcin chciał przede wszystkim grać, a nie mogliśmy mu zagwarantować, że będzie pierwszym rozgrywającym w drużynie. Wiem, że kibice mają dziś sporo zastrzeżeń do Grześka Łomacza, ale chciałbym przypomnieć nie tylko fakt, że jest mistrzem świata, ale również, że w decydujących momentach poprzedniego sezonu grał świetnie. To co, zapomniał, że umie rozgrywać? Nie, nie zapomniał, jest po prostu w gorszej dyspozycji. Zespół jest w dołku i nie będę tego ukrywał, bo to zwyczajnie widać. Grunt to w porę z tego dołka się wygrzebać. Stać nas na to. A Penczew? Nie było nas stać. Pamiętajmy, że latem na polskim rynku pojawiła się Stocznia Szczecin, która oferowała graczom bardzo wysokie kontrakty.

Skończyło się słabo.
- Nie chcę komentować tego, co stało się w Szczecinie, bo to, przynajmniej bezpośrednio, nie jest to moja sprawa. Pośrednio jest, bo uderza w wiarygodność całej ligi i na pewno szkodzi polskiej siatkówce. Ale my mamy się czym zajmować w Bełchatowie, bo mamy swoje problemy.

761.jpg

Cały czas mierzy się pan też z zarzutami o miejsce w zespole Kacpra Piechockiego, pańskiego syna.
- Ja? Bardziej on, bo to on jest sportowcem, który musi sobie radzić z presją. W jego przypadku możemy mówić o podwójnej presji, bo nazwisko na koszulce bez wątpienia mu ciąży. Jego błędy są bardziej widoczne, niż innych zawodników, bo jest synem prezesa klubu. Z kolei jego dobre występy przez niektórych nie są zauważane. Nie chcę oceniać i porównywać, by znów ktoś mnie nie posądził o to, że nie umiem zachować obiektywizmu, ale popatrzmy na liczby. Gdy w poprzednim sezonie zdobywaliśmy mistrzostwo Polski, od fazy play-off Kacper był najlepszym libero w lidze. Powtarzam – to nie ja mówię, tylko liczby. Jest jedynym z graczy z młodego pokolenia, który został powołany do reprezentacji przez Vitala Heynena.

Ile jest prawdy w tym, że latem mógł odejść z PGE Skry?
- Mógł, bo dostał kilka ofert, w tym jedną bardzo dobrą finansowo, która sprawiała, że mógłby liczyć na dużo lepsze zarobki, niż te, które ma w naszym klubie. Chciałbym powiedzieć, że była to propozycja gwarantująca lepsze zarobki, ale to słowo nie byłoby odpowiednie.

Czyli ze Stoczni Szczecin?
- Nie jestem upoważniony, by zdradzać takie tajemnice. Kacprowi kończył się wtedy kontrakt i żaden klub chcący go pozyskać nie musiał kontaktować się z klubem.

Mierzy się z legendą Pawła Zatorskiego w PGE Skrze?
- Na pewno jest do niego porównywany, co mnie absolutnie nie dziwi, bo przecież Paweł był wiele lat związany z naszym klubem, jest wychowankiem Skry, który też dostał szansę, jako bardzo młody zawodnik i dziś jest podwójnym mistrzem świata. Chcieliśmy zatrzymać Zatorskiego w naszym klubie i w mojej ocenie zrobiliśmy wszystko, na co było nas wtedy stać, żeby został.

Co pan odpowie ludziom, którzy na internetowych forach piszą: Piechocki wyrzucił Zatorskiego, bo chciał zrobić miejsce dla syna?
- Ciężko mi tych ludzi przekonać, bo nawet oczywiste argumenty do wielu z nich nie trafiają. Chociażby ten, że gdy Kacper został włączony do pierwszego zespołu PGE Skry to jednocześnie zatrudniliśmy drugiego libero, Ferdinanda Tille, który grał w tamtym sezonie bardzo dużo. Mogli razem być w drużynie Kacper i Ferdinand, mogli być tak samo Paweł i Kacper.

763.jpg

Co pana dziś bardziej martwi – pozycja w tabeli PlusLigi, czy może porażka w Belgii w Lidze Mistrzów? A może jeszcze coś innego?
- Kiedyś, gdy seryjnie zdobywaliśmy mistrzostwa Polski, mówiło się, że mistrzem zostaje zespół, który wygra fazę zasadniczą. Gdyby to obowiązywało do dzisiaj na pewno bym się martwił, bo wiadomo, że tego sezonu zasadniczego nie wygramy. Dziś jesteśmy na szóstym miejscu, które daje miejsce w play-off. Żeby było jasne – w mojej ocenie nie jest to miejsce na miarę naszych aspiracji i możliwości, ale cały czas mamy szansę ten sezon uratować. W Lidze Mistrzów? Po dwóch meczach cztery drużyny mają po jednym zwycięstwie i po trzy punkty, więc też nie ma powodu do obaw. Dziś martwi mnie to, że nie gramy tak, jak umiemy. Nie gramy tak, jak moglibyśmy grać. Nie oczekuję w grudniu formy na play-off PlusLigi, ale na pewno spodziewałem się lepszej gry.

Zachowuje pan spokój?
- Pracuję w PGE Skrze 19 lat i tylko dwa razy w tym czasie zdarzyło się, że trener odszedł w trakcie sezonu – w marcu 2016 roku rozwiązaliśmy umowę z Miguelem Falaską, a poprzednia taka sytuacja miała miejsce aż 16 lat wcześniej, gdy Waldemara Kuczewskiego zastąpił Zbigniew Zarzycki. To chyba najlepiej świadczy o tym, że nie podejmujemy nerwowych decyzji. W przypadku Miguela nie było innego wyjścia, trzeba było interweniować, bo sytuacja była już bardzo poważna. Trenera łatwo zwolnić, pewnie, ale trzeba wiedzieć po pierwsze po co, a po drugie na kogo. Ja dzisiaj – powtarzam dzisiaj – nie mam gotowych odpowiedzi na żadne z tych pytań.

W sobotę mecz z ZAKSĄ, bez wątpienia w tym momencie najlepszą drużyną PlusLigi. Obawia się pan tego meczu?
- Nie, nie obawiam się, choć w obecnej sytuacji nie można nazwać nas faworytami. Mamy w drużynie wielu dobrych siatkarzy, którzy mogą dać nam jeszcze dużo radości. Nie mogę bać się meczu z jakąkolwiek drużyną w Polsce, choć oczywiście doceniam wyniki drużyny z Kędzierzyna-Koźla. W takim meczu decydująca dla nas będzie nasza gra, a nie rywala. My mamy grać dobrze, lepiej, niż ostatnio. Wtedy możemy wygrać.

fot. Adrian Mielczarski / amielczarski.com

 

<< powrót do wszystkich aktualności

social icon social icon social icon social icon
Projektowanie stron internetowych Master-NET | Polityka prywatności | 811992 odwiedzin